Czasami staje z papierosem w oknie mojego pokoju – patrze w dal coraz gorzej widzacymi oczami i mysle o tym wszystkim. Czuje zmeczenie, zmeczenie tym co sie dzialo, dzieje we mnie i tym jak to wplynelo na moje zycie. Zmeczenie soba i wlasnym zyciem, bezsensem dalszego istnienia. Ale istnieje i raczej to sie nie zmieni, chyba ze ktos tam na gorze pomysli o mnie cieplej. Ale jak na razie musze sie meczyc z tysiacami mysli, z cierniami w glowie, ktorych nikt nie chca ani wyciagac ani ogladac. Poza mna, celebrujacym z kazdym kolejnym papierosem wypalonym po kazdej polnocy az do rana kazda mysl, slowo i zdarzenie. Szukajacy sposobu, by zrozumiec, pogodzic sie. I nie znajdujacym. Czy ktos mi pomoze? Bo wszyscy juz maja dosc mnie chodzacego z symboliczna cierniowa korona mysli na glowie. Maja dosc tego, ze nie jestem tu i teraz, ale czasami tam gdzies w przeszlosci wciaz badajac sciezki, powody i wirtualne sytuacje, i slowa, slowa, zwyczajne slowa w ktorych sens uwierzylem. Powody czego? Ze stalem sie zabawka? Ze myslalem… ze czulem… ze bylo inaczej. Ze zostalem zdradzony? Nikogo to juz poza mna nie obchodzi. Wiec dlaczego mnie obchodzi? Pytania retoryczne na ktore znam dziesiatki odpowiedzi. Jak i dziesiatki kolejnych pytan po kazdej z tych odpowiedzi. Ale dlaczego mnie to obchodzi? Kiedys myslalem o innych a wszyscy mowili zebym myslal tez o sobie. Wiec mysle, mysle w koncu o sobie. Ale jak myslec o sobie po czyms takim? Ze kim bylem, kim jestem, ile jestem wart? Nic, czy mniej niz nic? Skoro osoba, ktorej ufalem i wierzylem, tak Ty Z., swoim dzialaniem pokazala mi, ze nie zasluguje na traktowanie choc na rowni z innymi ludzmi. Ze nie zasluguje na szczerosc, na poszanowanie moich uczuc, na zwyczajna prawde. W Twoich slowach wtedy czulem, ze myslisz, ze zasluguje na piekne slowa, na obiecywanie mi calego swiata, na wrazliwosc, na czulosc, na bycie nie wirtualnym podczlowieczkiem, ale czlowiekiem, na rowni z innymi traktowanym i szanowanym. Ale Nas widzialem przeciez tylko ja, choc to Ty tak czesto pisalas to slowo. A co pozniej? Okazalem sie dla Ciebie tylko za slabym podludzikiem, ktorego postanowilas, nie mowiac o tym nic, wymienic na kogos innego, silniejszego, kto realnie a nie wirtualnie bylby Twoja podpora. Bilans zyskow i strat. Warto bylo, tak powiedzialas. Warto bylo poswiecic szacunek do mnie, moja ufnosc i wiare w Twoje slowa i wszytsko co sie dzialo za to. Wiem, ze warto. Choc ja nie postapilbym tak samo, to wiem, ze inaczej nie mozesz myslec. Ale jak ja mam sie czuc. Mija rok od zdania, ktore zatrzymalo mnie w biegu. Gdzie bieglem? Czego szukalem? Jakie bylo My o jakim mowilismy? Czy mowilismy? A moze tylko zwariowalem albo bylem tak glupi, ze uwierzylem? Gdzies bieglem… tylko gdzie i dlaczego nagle okazalo sie, ze biegne w przepasc. NIe bylo znaku stop, nie ylo slowa stop. BYly slowa idz i podazaj ku mnie, az do ostatniego zdania a nawet pozniej, gdy to juz przestalo byc biegnieciem do kogos ale ku czemus. Ku dzis, mojemu dzis, mojemu „po polnocy z papierosem” ktore wysmilas mi Ty w swoim koszmarze mojej niewiedzy, a zrealizowalem juz ja.