Stapa blisko nas, niezauwazalnie podchodzac coraz blizej, czasami tak szybko utula do snu a czasami czeka cale zycie. Dzis dowiedzialem sie, ze jeden z niewielu lepszych moich kolegow z podstawowki, jeden z trzech lepszych kolegow, nie zyje. 23 lata, rozpedzony samochod, przechodzenie przez ulice i juz go tu nie ma. A jeszcze wczoraj rozmawiajac z kims wspominalem podstawowke i wlasnie jego. Tak czesto w jego otoczeniu dzialy sie rozne zabawne sytuacje. Wczoraj wspominalem a dzis, dzis dowiedzialem sie ze nie zyje. Pogrzeb dzis lub jutro. Nawet nie wiem dokladnie. To dziwne, nie czuje smutku, nie czuje prawie nic. Gdzis w srodku mnie i tak juz pekla jakas nic, cos sie przelalo i teraz nawet wiadomosc o jego smierci przyjmuje naturalnie, prawie tak obojetnie jak moje zycie. Do tego zbyt wielu ludzi w moim zyciu juz odeszlo, by przyjmowac to z wiekszymi emocjami. Pogodzilem sie z obecnoscia smierci w zyciu kazdego czlowieka. Ale pomimo tego wszystkiego gdzies w srodku cos jeszcze czuje. Zal? Niepokoj? I jednak odrobine smutku? Ze tak sie stalo. To takze, ale jednoczesnie znow mysle o tym na gorze, o tym, ze zabiera tych, ktorzy chca zyc, maja po co zyc. Przeciez Wojtka spotkalem jakis czas temu, byl szczesliwy, zycie mu sie ukladalo, praca, nauka, wszystko jakos laczyl. Do tego udany wieloletni zwiazek ze swietna dziewczyna. On zawsze chcial zyc. I czuje zal, jeszcze jeden zal, ze to nie ja. Do zobaczenia gdzies, kiedys, Wojtku. W moich wspomieniach nie umrzesz – to masz jak w banku. Trzym sie gdzies tam.