Powiedziala…. „odczep sie”
a pozniej… „kocham Cie”
a jeszcze poźniej:
„to bylo jak cudowny sen,
zbyt piękne, aby mogło być prawdziwe”
a ja…
wciąż kocham Ją
i już nic więcej się nie liczy.
Kocham tego cudownego jeża z tak wieloma kolcami, ale kocham i pyszczek i oczka i te kolce… całą Ją – ale Ona widzi tylko własny ból, własne uczucia, własny strach i własne potrzeby – zwłaszcza potrzebę zabicia tej miłości do mnie i zastąpienia jej obojetnością.
Oto cała prawda, która powoli mnie zabija – od samego środka.
Zabija powoli, ale skutecznie. I znam tylko jeden lek, ale on już jest niedostępny – Jej uśmiech, oczy, słowa, obecność.
Wyrzuciła mnie, bo byłem facetem, jednym z facetów, jakbym był pierwszym lepszym znalezionym na ulicy – tak mnie wyrzuciła. Czy jest mi żal? Czy jestem zły? Najdziwniejsze, że nie, bo rozumiem, rozumiem dlaczego tak postapiła, dlaczego Ona myśli, że musi tak postapić. Rozumiem i kocham… może za mocno.
Nie, nie nie, nie, nie za mocno…
Wciąż za słabo.