Caly problem z moim zyciem jest taki, ze jest niby ok. Dopoki nie mysle powaznie o przyszlosci – wszystko gra. Dopoki nie pragne niczego wiecej niz mam, to nie mam zadnych klopotow czy rozterek lub przemyslen. Jest dobrze…
dopoki… dopoki cos pojdzie nie tak. Lub dopoki nie bede chcial kochac i byc kochanym. Dopoki nie bede marzyl by byc odpowiedzialnym, by zaczac inaczej zyc.
W koncu taki jaki jestem moge przezyc stosunkowo dlugie zycie i umrzec – cieszac sie tym co mam.
Dopoki to mi wystarcza i dopoki to trwa… nic mi nie grozi. Dopoki sie nie zakocham… wszystko jest pod kontrola… Zwlaszcza dopoki nie zakocham sie z wzajemnoscia… tak by osoba ta chciala byc ze mna…Ale to mi na szczescie nie grozi. Przynajmniej na razie.
Wiec moge spac spokojnie.
Pomysle o tym jutro, albo za tydzien, nie, lepiej za miesiac.
z ta miloscia cala to ja tez mam duzy problem i staram sie nie myslec. prawda jest chyba jednak taka ze po prostu boje sie kochac, a raczej boje sie porzucenia, choc przewaznie te obawy sa smieszne. i tez staram sie o tym nie myslec, przez to zerwalam z chlopakiem z ktorym bylam 9 miesiecy, potem z ktorym bylam 2 lata…nie wiem jak to bedzie…pomysle o tym jak bede starsza…
„Pomysle o tym jutro, jutro tez jest dzien” – Scarlet O’Hara 🙂 Ciekawa filozofia… duzo jej dala 🙂 ale wiecej przez nia stracila.