Naciśnij “Enter” aby skoczyć do treści

Ku pamięci… zapisane dla kogoś kiedyś słowa.

Bądźmy jak kontynenty, co o milimetry na tysiące lat
Przybliżają się do siebie, wciąż bliżej a niby tak samo
Lub jak lecące dwa świetliki, które tylko dzięki złudzeniu
Przecinają swój lot spotykając się lecz nigdy dotknięciem
Ja pochodzę ze świata, gdzie nawet dwa cienie palców na stole
Które się zetkną muszą być uświęcone uczuciem i trwogą
Będącą obawą przed zetknięciem opuszków a później dłoni
Ze świata, gdzie dotyk jest zastrzeżony i opatrzony klauzulami
Jak najcenniejszy skarb ukryty w państwowych mennicach
Tak zalakowany i niedostępny czekający na odległe odkrycie
Gdzie pieczęć uczucia odciśnięta ponownie na nim tysiące razy
Dopiero pozwala przełamać swą zawartość tylko znającym zaklęcie
Którego w tym uświęconym dalekim świecie nikt nie zna w całości
A jedynie jego własną unikatową część, tylko jedną lub tylko drugą
I tylko wypowiadając je jednocześnie otwiera się podwoje nowego świata
Lecz także i tu wędrowcy muszą wciąż i stale wymawiać zaklęcia
Jedno z nich to „tak” a drugie „nie” , oba bez wątpliwości nieuniknione
W tym świecie, gdzie zgoda lub niezgoda jest jedynym kowalem losu
Nieodgadnionego, lecz przecież choć tak trudnego to nie niemożliwego
I to nie bajka drodzy czytelnicy, taki świat istnieje, lecz trafić tam
Jest bardzo trudno, bo prowadzi tam ścieżka, którą iść należy wytrwale
I bardzo długo, stąpając najdelikatniej przy każdym kolejnym kroku
Ja się tam właśnie urodziłem, choć już po mym narodzeniu
Za sprawą mgieł, co zasnuły spod moich powiek oziębłe źrenice
Cieniem, będącym kłamstwem wmawianym sobie, ukrytym przed światem
I nie mogąc patrzeć na jakikolwiek świat ten przez wieków kilka
Stworzyły świat nowy, pełen w czasach nowych tak dziwnych zjawisk
Przez większość ludzi zapominanych, lecz tu wciąż obecnych
Jak kamienie milowe i te na fundamenty

Pamiętasz jak zdjęłaś buty i czując zimno dreptałaś z nogi na nogę?
Nie myślałem wtedy o nogach zakrywanych wciąż rąbkiem spódnicy
Ani o niej samej okrywającej Cię tak licho, że dreszcz przechodził
Ale nie z rozkoszy lecz z zimna, gdy przechodziłaś na zimnym dworze
Czułem to zimno tak przenikające moje kości, gdy tak wyletniona
Stąpałaś tymi zimnymi stopami po tych oblodzonych krużgankach
Domu w którym się poznaliśmy i którego podłoga pokoju tamtego
Zimnym dotykiem dywanu ochładzała te Twoje nagie stópki
Myślałem wtedy o bamboszach, takich fikuśnych z pomponem
Zwyczajnych lecz śmiesznych i uroczych, magicznych pantoflach
Których zapomniałem, lecz skądże mogłem to wiedzieć wcześniej
Ze w tak zimnej stópkowej potrzebie znajdę tam wtedy Ciebie
Lub choćby takich normalnych kapciach, łapciach czy papuciach
Które sprawiłyby, że ciepło dosięgłoby paluszków Twych nóżek
A mi pozwoliło już nie myśleć ustawicznie o tym zimnie stóp nie moich
I móc na nowo spojrzeć w Twe oczętą łapiąc Twój uśmiech spływający
Jak wodospad z meteorytów ocieplający tamto zimowe powietrze
I mnie, siedzącego tuż obok, nastawionego na odbiór tylko Ciebie

Miłość to takie proste jedno słowo
Pisze się m-i-ł-o-ś-ć, tak samo wymawia
Wszędzie pisane choć jednym wyrazem
To wymawiane najchętniej podwójnie
Słowo proste i tak nieskomplikowane

Na początku jest M jak magia ukryta w tym głosie
Co z Twych płuc przez usta dopływa od Ciebie
Magicznymi zgłoskami w magicznej zalewie
Słów, co jak szlachetny stop z pięknych dzwonów
Brzmi brzmieniem słyszanym pewnie i w niebie

Za M literka I stoi, jak iskra co się w oku pojawia
Gdy wstając rano zaczynam swoje stałe myślenie
Całodzienne o Tobie, królowo nieustannego śpiewu
Anielskiego, ukrytego w mym zbyt maluteńkim sercu
W którym udało mi się jednak zmieścić całą Ciebie

Po I przyszedł czas na Ł, to jak łut szczęścia mojego
Co przywiódł na skraj tego bladego świata zimowego
Tęczę w trylionach jednoczesnych cieplutkich ogienków
Spływających jak wodospad po źrenicach oka Twego
I jak pożar całej Ziemi ogrzewających mnie calutkiego
[cd.. gdzieś na kartce]

Chcę Ci *** pokazać świat i samego siebie
Co jako najmniej winny tą winę weźmie na siebie
I wciąż zadośćuczynieniem za zło wypełni dni swoje
By najłagodniejszym dotykiem słów, łez i serca mego
Próbować wyssać ten wstrętny jad wstrzyknięty w Ciebie
Co zaropiałymi ranami ukamienował Twą duszę i serce
Chcę byśmy jak Łazarze, co w trumnach pochowani
Własnych żyć i światów i losu tak bezmiernie okrutnego
Powstali kiedyś z martwych, choć wciąż tak ożywionych
Pozbawieni złego balastu tego życia naszego poprzedniego
Umarli dla swojej przeszłości i już żywi dniem jutrzejszym
Spojrzeli radosnymi oczami nie tylko na samych siebie
Ale i na ten świat, co stworzył nas takimi teraz właśnie
Choć nikt nigdy nie zapytał, czy wolno i czy nam się to podoba
By istnieć takimi w takim świecie, lodowato niegościnnym
A w duszy klęczę przed obliczem Najwyższego szepcząc:
Boże dlaczego? Czy to przez ten krzyż, co mu wystawiliśmy?
Karzesz nas krzyżem, co nieść musimy ku chwale i duszy?
A może masz inne plany, choć nigdy nie powiesz, jak, po co
I dlaczego, bo to do końca będą zawsze tylko Twoje tajemnice
Zgadzam się na nie i proszę, pomóż, mnie tak grzesznemu
Znaleźć tę ścieżkę, co wyzwoli tę jedną duszę z kajdanów
Przeszłości, co jak Jego ciernie wbijają się w Jej głowę i mą duszę
Choć przecież nieśmiertelną to nie bez sumienia, które teraz
We łzach potoków błaga, pomóż, bo mnie kochasz, a ja Ją
I to naprawdę sprawiedliwe, choć to Twoja wola, w którą ingerować
I tak nie mogę i nie potrafię, bo to Twoja wola, ale Nasza przyszłość
O którą proszę i błagam, jako ostatni z ostatnich na tej ziemi
Ale może ten pierwszy klęczący przed Tobą błagając Cię o Nią.

Czuję się jak maluśki Jezus z kolebką wyrzucony na zimnym śniegu
Co tak malutki i słaby a będzie musiał odkupić te wszystkie winy
Choć niezawinione, to ciążące na nim z klątwy jego okrutnego rodu
Podjąć walkę i pokazać choćby tej jednej niczemu nie zawinionej osobie
Że chce zmazać i spłacić te winy dzięki swej smutnej maluczkiej postaci
Która chce dźwigać na barkach ten krzyż zrodzony z bólu i cierpienia
Ważniejszego od niego o całe morza wylanych łez niebiańskiego motylka
Którego ktoś pochwycił i zatrząsł, zagrodziwszy drogę złymi cierniami
I jestem jak babunia, co bezsilna na wyroki losu i świata
Walczy z nim zaszywając wnuczce podarte swetry i szale
Wierząc, że zdąży niczym świat się dla niej do reszty zatrzyma
A łzy pełne goryczy przysłonią tak odległe i niesprawiedliwe
Piękno tego, przygasłego przez złych ludzi, jedynego świata

    Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

    Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.