Czego oczekiwałem? Jedynie prawdy i szacunku do tego, co było, do mnie jako osoby jak i moich uczuć oraz mojego życia. Prawdy, słów a nie milczenia, nie zaprzeczania, nie mówienia mi, bym wciąż wierzył w nasze marzenia i napewno nie mówienia mi:”może kiedyś”. Nic tak nie boli, jak świadomość oczywistości kłamstw, jakie ktoś mi mówi z niewiadomego powodu, zamiast po prostu powiedzieć szczerze prawdę. Przecież naprawdę nic nie boli tak bardzo, jak rany wciąż rozdrapywane i podsypywane solą, zamiast rozerwane raz i pozostawione do wygojenia. Przeżyłem to wiele razy, wciąż odkreślając kolejne etapy i czując się jak w malignie opanowany uczuciem deja vu. Podkreślałem wciąż, raz białą splamioną krwią z mojego serca kreską a raz czarną już tylko z odrobiną brązowej zaschniętej krwi. Białą podkreślałem rzeczy, słowa i sytuacje, które pomagały mi żyć, dodawały mi wiary, napawały nadzieją pisaną mi zawsze wieczystą czcionką. Podkreślałem, gdy nagle okazywało się, że straciły sens, że były kolejnymi kłamstwami, że z nawiązką zostawały mi zabrane i wydarte prosto z serca. A później czekałem, zazwyczaj bardzo długo, by móc to wszystko podkreślić tą ostateczną, czarną linią. Nią podkreślam moje życie i sytuacje, gdy poznam choć jeden powód, dlaczego znów ktoś okrutnie zagrał mną jak zabawką, jak nic nie wartą wirtualną grą znalezioną na stronie internetowej. I zawsze, choć to trwa tak długo, dowiaduję się, że byłem nic nie wart, nie warty choćby paru słów wyjaśnienia dlatego, że przecież byłem tylko jakimś wirtualnym gościem, którego nikłość i bezużyteczność wychodziła wtedy, gdy choć jedna osoba weszła nie przez drzwi Sieci jak ja, ale zwyczajne drzwi do pokoju mojej rozmówczyni. Okazywało się, że najważniejsze ze słów mi mówionych nic nie znaczyły i zostawały wyrzucane w mgnieniu oka a dla mnie pozostawała tylko cisza o tym, co kiedyś mówiono, pisano, czuło lub to, co najbardziej bolesne, czyli kłamstwa, że to, co było wcześniej trwa, że się nic nie zmieniło. Wirtualny, niechciany przez nikogo i odpychany za swoją wirtualność ja. Wirtualna zabaweczka. I czarne linie. One pomagały nie zapomnieć czy wybaczać, bo wybaczyłem tylko jednej pierwszej Osobie, ale pogodzić się z mniej niż nikłością tego, kim jestem, tego, że nie mam na co czekać ani po co żyć, pogodzić się z przeszłością, kłamstwami i uznać, że ja zasługiwałem i zasługuję na takie traktowanie, bo przecież jestem w podsumowaniu tylko szarym, wirtualnym, znikąd mniej niż nikim. Wybaczyłem,choć nie umiałem zapomnieć nigdy, tylko raz, bo była to pierwsza, ta najpiękniejsza, najbardziej absorbująca, najpełniejsza i jednocześnie później najbardziej zbrukana miłość, za którą zapłaciłem tak srogą później cenę. Już nigdy potem nie rozmawiałem pisząc takie bajki, nie miałem tyle siły, wiary i nadziei, nie latałem tak wysoko na tych skrzydłach myśląc, że ktokolwiek może takiego ostatniego z ostatnich jak ja człowieka… Nie, tego, wiem to aż za dobrze, nikt nie zrobi, mnie można najwyżej zabijać kłamstwami i złudzeniami, wyrządzając mi tym większe rany niż nienawiścią. Wolałbym już, by pobito mnie do nieprzytomności na parkingu przy samochodzie, bo to by mniej i krócej bolało. Każdego następnego razu mówiłem od początku Osobie, że wcześniej ktoś potraktował mnie jak zabawkę, zapominając o swoich słowach i tym, co sprawiał w moim życiu. Mówiłem to i prosiłem, by, jeśli i ta nowa Osoba zechce dawać mi właśnie taką wiarę i nadzieję, to by nigdy nie postąpiła jak poprzedniczka, by znów nie zdradziła mnie, siebie i własnych słów, bym znów nie stał się zabawką. I tak trudno było mi wierzyć, że i ta nowa nadzieja nie odejdzie i nie zamieni się w proch. Zawsze słyszałem zapewnienia i kojące słowa, bym podszedł bliżej, bym uwierzył i zaufał. Bałem się zawsze, i mówiąc o tym, że boję się, że znów ktoś mnie wyrzuci, bojąc się znów uwierzyć, podchodziłem. A gdy byłem już jeden krok obok, tylko jeden krok, to zawsze okazywało się, że kolejna Osoba jest tak samo perfidna i tak samo fałszywa jak poprzednie i brutalnie potrafi mnie tylko zrzucić i wyrzucić mnie z naszych wspólnych tak delikatnie tkanych marzeń, zastępując w jednej chwili mnie kimś innym, zaletą którego była niewirtualność. A później pozbawić na miesiące i lata nawet tej prostej prawdy o tym, dlaczego mnie i tym razem pomimo własnych zapewnień zniszczyła i zdeptała brutalnie te ostatki wiary i nadziei, jakie w sobie jeszcze miałem. A prawda była zawsze taka sama – wybrano „lepszy model”. I rozumiem ją, tak dobrze rozumiem tą prawdę z tego Waszego okrutnego dla takich jak ja świata. Tak prostą i banalną prawdę, że wybiera się „lepszy model” a skoro ja jestem najgorszym do tego wirtualnym wydaniem z setką errat, pustych i pokreślonych stron, w dodatku w parszywej dla oka oprawie, to mnie nikt nigdy nie wybierze zamiast „lepszego modelu”. Prawdę o wiele bardziej prawdziwą i prostszą niż jakiekolwiek inne. Brutalną, ale o ile bardziej łatwą do zrozumienia. Ostatnio czasami wchodzę na chata i spotykam się z prostym jasnym sitem. Tak prostym jak ta prawda. Pada pytanie – „ile masz lat?” – zazwyczaj już nie staram się komukolwiek tłumaczyć, że można inaczej zacząć rozmowę i odpowiadam. Zazwyczaj słyszę po tym „pa” i rozmówca zamyka i ignoruje moje okno. Jeśli zostanie pada pytanie – „skąd stukasz?” a później „jak wyglądasz?”. Po drugiej mojej odpowiedzi zazwyczaj pada kolejne „pa” – a ostatnio przeczytałem nawet „spadaj” – po czym moje okno zostaje zignorowane. Proste jasne i dość brutalne dla mnie zasady, jakimi posługują się te osoby są jednak o wiele prostsze do zrozumienia niż to, co przeżywałem za każdym razem, gdy Ktoś sprawiał, że zaczynałem odżywać i powoli nabierać energii do życia, a później, gdy zabijał wszystko, co stworzył we mnie dzięki swojej obecności i słowom. Gmatwanina myśli, co do uczuć, słów, zachowań. Stawianie pod znakiem zapytania oczywistych faktów i prawd. Próby reanimacji tego, co już nigdy nie może być ożywione. Przyciąganie na chwilę do siebie tylko po to, by powiedzieć jak bardzo dobrze ktoś zrobił, że odepchnął mnie i z tego powodu jest szczęśliwy. Czy to nie okrutne przychodzić i komuś takiemu jak ja, którego się zniszczyło i zabiło własnym zachowaniem i słowami, który dzięki temu ma dość życia i jest tak bardzo nieszczęśliwy, mówić o szczęściu, które dzięki temu się zrodziło? Kiedyś napisałem, że to jak z najbiedniejszy chłopcem ze slumsów, któremu pokazuje się przez grubą opancerzoną szybę wystawy to, co zawsze w jego życiu będzie tylko nierealnym zawsze gaszonym marzeniem. Pokazanie na chwilę po to, by po chwili było mu jeszcze bardziej źle, jeszcze gorzej się czuł i miał żal do całego świata o to, kim musi być bez szans na jakiekolwiek zmiany. Do tego dochodzi przyciąganie na moment tylko po to, by po chwili odepchnąć i zapomnieć na długi czas. I przemilczanie, udawanie, że nic się nie stało, że niczego nikt mi nie obiecywał, że tego nie było, pomimo oczywistości tego jak zachowywała się osoba, która mnie odepchnęła i co dawała mi do zrozumienia. Mówienie, że się mnie zaniedbało i poświęcało tak mało czasu wtedy, po czym zaniedbywanie mnie jeszcze bardziej i poświęcanie mi jeszcze mniej czasu. Po co to wszystko? No po co to wszystko? Nie lepiej raz a dobrze mnie zranić? Odepchnąć tak daleko, bym już do końca mojego życia nie mógł wrócić. Powiedzieć: „to, co było, było tylko słowami, były może i prawdą, ale to była tylko sieć, teraz zmieniły się moje uczucia, znalazłam kogoś, kto jest realny, jest blisko mnie tutaj a nie w sieci i kto potrafi zapewnić mi godne życie, więc jeśli po tym jak cię potraktowałam zależy ci jeszcze na mnie, to odejdź Piotr, odejdź i nie nigdy nie wracaj”. Powiedzieć prawdę, szczerą zwyczajną prawdę bez szans jakiegokolwiek złego zrozumienia lub niedomówień. Nie uciekać od odpowiedzialności za własne zapisane przecież słowa, nie uciekać w milczenie, w niedomówienia, w nieszczerość, wpychając mnie w kolejną plątaninę niewiadomych, z żadnej spośród których jeszcze nigdy nie udało mi się wydostać do końca. Przecież, jeśli uznajesz takie zasady, uznajesz to, co się dzieje w Sieci za mniej ważne i wartościowe od tego, co dzieje się w realu, to to powiedz od razu, a nie po roku znajomości, do tego łudząc mnie wciąż, że jest inaczej. Powiedz, a nigdy się do Ciebie nie odezwę, bo takie mam zasady, bo dla mnie to wszystko, co dzieje się tu jest tak samo znaczące jak to, co w rzeczywistości. Jeśli napiszę w sieci coś ważnego, bardzo ważnego, ale i choćby prosty fakt, to dla mnie jest to znaczące tak samo jakbym siedząc przy stoliku naprzeciwko Ciebie powiedział Ci to patrząc w oczy. Takie są moje zasady i każda osoba, którą znam choć odrobinę dłużej wie o tym. Więc nie mów mi nigdy, że o tym nie wiedziałaś, albo, że Ty uważałaś inaczej. Bo to nie ja pisałem w końcu tak często, ale Osoby, te najważniejsze Osoby, że mimo, że rozmawiamy w Sieci, to jestem dla nich tak samo realny, a nawet bardziej, jakbym był przy nich w rzeczywistości. To nie ja to pisałem i nie ja później odrzucałem sens tych słów. Tak łatwo było omamić i przyciągnąć do siebie kogoś takiego jak ja, którego uczucia nigdy nie były przez nikogo traktowane poważnie na chwilę choć trochę dłuższą i którego marzeniem zawsze było, by choć jedna osoba na świecie powiedziała mu, że jest najważniejszy i nigdy z tego się nie wycofała, by była i bym i ja mógł być dla tej osoby. Dzięki temu tak łatwo było przyciągnąć mnie słowami pokazując wyobrażenia o tym, co może przynieść przyszłość i roztaczając wizję Nas, a nie tylko dwóch osób siedzących wiele kilometrów od siebie przy komputerach. Jednak jak o wiele prościej jednak było wam jednak zawsze się z tego wycofywać bez jednego choćby słowa. Ale to ja łamałem kark i to ja spadałem wtedy w dół, nie wy. Nie wy przeżywaliście ból odrzucenia i ból świadomości kłamstw, jakie mi pisałyście. Wy już wtedy mieliście do kogo odchodzić i przy kim się utulić zapominając o mnie i tym, co wcześniej pisałyście. Piszę to wszystko, by się z tego wszystkiego choć na chwilę wydobyć, wyrzucić to co mnie boli od tak dawna. Mam w końcu świadomość, że nie ma już choćby jednej osoby, którą te słowa obchodziłyby w takim stopniu w jakim obchodzą mnie, piszącego je. Obchodziły tak, jak obiecywałyście, że obchodzi was moje życie. Obchodziło jak mnie kiedyś obchodziły wasze sprawy, uczucia i słowa, które zawsze były przed moim realem, były ważniejsze odemnie, od tego co się ze mną i wokół mnie dzieje. Bo dla mnie to, co działo się tutaj, te słowa, te myśli, marzenia były priorytetem. Nie real, nie rzeczywistość, nie nauka, nie cokolwiek, ale wasze słowa i wiara, jaką mi dawałyście, które pozwalały mi żyć i budzić się z nadzieją, że kiedykolwiek cokolwiek się zmieni i przestanę być wiecznym ostatnim z ostatnich. Tą nadzieję, która umarła na dobre. Zacząłem pisać ten list kilka dni temu, w dniu, w którym zgasła ostatnia iskra nadziei a następnego dnia spadł na mnie kolejny cios, potwierdzający tylko to, co myślałem o sobie i tym jak ludzie traktują mnie, wirtualnego mnie. Kolejnego dnia kolejny cios kolejnej osoby, która rok temu powiedziała, że nigdy mnie jako przyjaciela nie opuści, po czym to zrobiła, tym razem już tak odległy cios, ale i to mnie zabolało. Jednak kolejny dzień zadał ostateczną śmiertelną ranę. Jedyna osoba z mojego reala, którą uważam za przyjaciółkę w pełnym znaczeniu tego słowa, wyjaśniła mi parę spraw łamiąc tym ostatnią podporę mojego życia, już nie opartą na nadziei na cokolwiek, ale na szacunku, na świadomości tego, kim dla niej jestem i jak mnie wydawało się postrzega, na wierze, że to, co myślę jest prawdą. Dla Niej to było tak oczywiste, co napisała, tak chłodno-logiczne, a ja siedziałem pozbawiony wszystkich sił przed monitorem gapiąc się bezwiednie na coraz bardziej zamglony ekran, starając się powstrzymać łzy i nie wiedząc już, co pisać zresztą i tak zbyt drżącymi nawet jak na mnie rękami. Ostatnia zapałka złamała się. Może to wyjaśnimy, może będzie inaczej, ale już nigdy nie będzie tak samo. Ani w tej sprawie, ani w żadnej innej, bo to są drogi jednokierunkowe, bez możliwości zawrócenia. Jak napisała jedna z tych Osób, wybaczenie, zapomnienie nic nie daje, bo i tak nie odzyska się stanu sprzed tego, co możnaby wybaczyć lub zapomnieć. I mi zapomnienie lub wybaczenie nic już nie da, bo nie wrócą słowa, nie wróci piękno ani ta nadzieja i wiara, zabijana skutecznie tyle razy. Nie wrócą tamte dnia, tamte piosenki, tamten uśmiech na twarzy wywołany poczuciem bliskości osób najważniejszych. Bliskością myśli, uczuć, słów. Pamiętasz pytania, na które pisałem odpowiedź niczym zadałaś pytanie? Nie wróci świadomość istnienia Ciebie i bycia dla Ciebie najważniejszym. Nie wróci notes, do którego przepisywałem kaligrafując smsy, ani nie wróci jeszcze wcześniejsze terminale z jaśniutko niebieskim tłem i granatowymi literami, przy których potrafiłem spędzać po kilkanaście godzin dziennie na wielu nickach szukając Cię po wszystkich serwerach i sprawdzając wciąż gdzie jesteś choć o parę sekund bliżej. Czarna teraz a kiedyś czerwona róża wisząca w moim pokoju nigdy już nie odżyje i nie zostanie wręczona a namalowane obrazy nigdy nie zostaną wysłane czy zawiezione. Nie nagram już swojego głosu z tekstem książki i nie wyślę w dal, bo nikt już na mój głos nie czeka. Nie zatańczymy ani nie pójdziemy na spacer a moje oczy nigdy już nie będą miały takiego blasku jak wtedy, takiej nadziei w sobie. Do końca już będą mieć jedynie w sobie żal, niewyjaśniony żal do losu, że mnie stworzył, że odebrał mi nawet leciwe złudzenia o tym, co dla mnie było najważniejsze. Nie widok za oknem, nie pieniądze, nie dach nad głową, nie spokój, nie poczucie bycia samodzielnym, nie wyzwolenie się z koszmaru, w jakim byłem, nie słuch, wzrok czy możliwość poruszania się, nie tyle tak ważnych dla was rzeczy, za którymi gonicie i poświęcacie dla niech wszystko, ale to, co dla mnie zawsze było najważniejsze, moje nigdy niespełnione marzenie – złudzenie skazanego na wieczną samotność człowieka – miłość. To dzięki temu żyłem i to dodawało mi tyle sił i tak dużo energii. Ale złudzenia zawsze umierają.
2 komentarze
Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi
Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.
na takie jego słowa czekałam najbardziej,
może wtedy wszystko byłoby inaczej,
kimkolwiek jesteś, smutne dziękuję,
za późno już
przeczytalam , przeczytalam i czy juz nie czas zostawic to wszystko , puscic , let it be poprostu ? czy nie czas przestac sie nad soba uzalac i isc w nieznane bo byc moze tam czeka Cie cos lepszego ? czy juz nie czas piuscic i zaczekac czy wroci ? jesli wroci to to jest Twoje a jesli nie….cos gdzies kiedys czeka i to wlansie to jest Twoje….