Jestem jak samotny człowiek na łupince pośród oceanu. Gdzieś tam jest brzeg, do którego podążam. Tak wiele osób nawołuje bym zbliżył się do brzegu. Mówią bym w końcu porzucił mój malutki tak niestały ląd i zaczął wiosłować by osiągnąć cel.
Ale to jest jak wołanie pośród mgły. Znam kierunek, znam swój cel ale nie potrafie dokładnie przewidzieć co się stanie. I wciąż leżę sobie w tej mojej łupince i słucham podniesionych głosów zza horyzontu…
Ktoś rzucił linę… już nie słowa… ale linę.
Z tak daleka, to już nie 100, 500 czy 700 kilometrow…
Czy w końcu to przełamie mój kawałek świata i dopłynę do brzegu…
Jest tak daleko…
Ale nadzieja nie umarła.
Ona nie umiera nigdy.