Dlaczego zawsze zabieracie mi nawet wspomnienia?
Nawet wspomnienia.
Nawet resztki wspomnien.
Pisalem o tym wczesniej, ale wciaz o tym mysle.
Czy ja jestem az taki zly, tak beznadziejny, tak bez sensu, ze wciaz dostaje od zycia, nie nie od zycia, od tych ktore spotykalem kobiet, wciaz tylko ciosy?
Wciaz kopniaki?
Wciaz baty?
Dlaczego zawsze musi byc cos nie tak? Dlaczego slowa, czyny, sytacje zawsze okazuja sie klamstwami?
Kochalem i myslalem ze bede kochany. Calowalem kochana osobe, przytulalem kochana osobe, tulilem – bylem przy niej.
Dla niej, przy niej.
Wierzac i ufajac.
Ze choc ta jedna
nie zrobi ze mnie posmiewiska, glupca, durnia, debila i idioty.
Ze choc ta jedna – w koncu tak dlugo zabiegajaca o mnie, tak wiele razy slowami ale i czynami zapewniala mnie o tym, ze mamy przyszlosc.
Ze istnieje Nasze szczescie.
Ja bylem, istnialem dla niej.
A ona – ona wciaz i nieustannie kochala innego. Bedac ze mna kochala kogos innego. I znow bylem ostatni, ktory sie o tym dowiedzial.
Dlaczego ja?
Za co?
Czy to Ty na gorze Boze?
Czy to wy na dole ludzie?
Czy to kara za grzechy moje, Twoje, a moze kogos jeszcze innego?
Czy to ja jestem winny?
Bo zaufalem mimo ze mialem tego nie robic?
Bo uwierzylem mimo ze mialem nie uwierzyc?
Bo chcialem byc szczesliwy?
Wszystko to juz bylo. Zawsze tak bylo. Zawsze tak bedzie. Zawsze i mysle ze ja juz nie mam sil czekac na przyszlosc. Po prostu nie mam.
Wiem – przyjdzie sama.
Ale zobojetnialem, ja nie chce czekac na przyszlosc.
Moge trwac, moge byc, moge…
nic, dokladnie nic nie moge.
Czym zawinilem, ze zawsze tak sie konczy. Ze zawsze pomimo wszystkiego, slow, czynow, pomimo wszystkiego, ktos mnie oszukuje, ktos mi wbija szpile prosto w serce?
To ja jestem winny?
Ze moglem to przewidziec?
Ze powinienem poczuc?
Ze nie powinienem wierzyc?
Znow stalem sie zabawka, manekinem w czyichs rekach.
I obojetnosc. Jej obojetnosc.
Czy Wy kobiety zawsze tak macie? Ze jak zranicie to wycofujecie sie i tylko milczycie? Potraficie tylko kopac, psuc, ale czy potraficie naprawiac, budowac?
Czy potraficie chocby jakkolwiek zadoscuczynic za to co robicie?
Czy nie miesci wam sie to w glowach, ze za bol, cierpienie czyjes, wypada, chocby dla wlasnego sumienia, zadoscuczynic za krzywde?
Chocby brakiem obojetnosci?
Bo przepraszam to za malo, jak kiedys ktos mi napisal.
Przepraszam tu nie pasuje, w ogole nie ma takiej skali na ktorej znajduje sie slowo jakie mozna powiedziec w takim wypadku.
Co mi z Waszych „przepraszam”, jesli dzien pozniej przychodzi do mnie ktos kto mnie skopal i pyta jakby nigdy nic o „pogode”. Albo pyta co mnie boli. Jak mozna zadac bol i jeszcze pytac co mnie boli.
Jak mozna byc tak chlodno cynicznym obojetnym czlowiekiem.
Chcialbym sie tego od Was nauczyc – naprawde. Ale nie potrafie.
Nie jestem taki, nigdy nie bylem taki jak Wy.
Nie potrafilem skopac nikogo.
Ale Wy mnie tego nauczylyscie.
Nie potrafilem nie cieszyc sie chocby z odrobiny piekna za oknem, czy gdziekolwiek. Cieszyc sie mimo wszystko, z tego chocby co widze wokol siebie, co slysze, czuje.
Wy mnie nauczylyscie byc obojetnym na wszystko. Isc z „zamknietymi oczami”
Potrafilem nienawidziec, ale nienawidzilem ludzi z dalekiej przeszlosci.
Wy nauczylyscie mnie nienawidziec.
Nawet nie Was, ale nienawidziec swiat i siebie. Tak gleboko nienawidziec.
Kiedys mialem zal o to jaki jestem, jak zyje.
Ale dopiero Wy nauczylyscie mnie miec zal do Was.
Kiedys chcialem zyc, chcialem wierzyc, chcialem… byc szczesliwy.
Wy nauczylyscie mnie byc nikim, nie chciec niczego, byc roslina. Zdolowana, samotna, meczaca sie i czekajaca na dobicie roslina.
Kiedys szczescie bylo tak odlegle, bardziej niz kiedykolwiek, ale wtedy jeszcze wierzylem, ze moge byc szczesliwy.
Wy nauczylyscie mnie nie wierzyc w nic. Ani w Wasze slowa, ani w czyny, ani w ludzi ani w swiat.
Pokazalyscie mi jak okrutne potraficie byc, jak falszywe, jak wredne i jak latwo jest Wam wykorzystywac i kopac takich ludzi jak ja.
Jestem ostatnim, ktory wrzucal ludzi do „workow”.
Mowilem zawsze – to cytat – jesli w kocyku sa pchly nie nalezy palic calego kocyka.
Ale juz nie potrafie nie wrzucac do workow. Bo teraz znam najwyzej wyjatki od reguly.
A Twoj komentarz jest doskonalym przykladem na to wlasnie, co opisalem i co czulem i o czym myslalem piszac ten wpis, ale nie bede tlumaczyl.
szukaj, szukaj a znajdziesz… ale jak bedziesz szył wszystkich ta sama nicia…. to za niedługo sie pogubisz…
poza tym, nie mozna tracic nadzieji… gdy ja tracisz stajesz sie roslina… poza tym jezeli naprawde kochałes te osoby, powinienes uszanowac ich wybór – bo je kochasz… nie wszystko mozna miec… na niektóre rzeczy trzeba poczekac… cierpliwie… a jezeli „rzuciły” Cię od tak sobie… to znaczy, ze nie były Ciebie warte…
kobiety sa jakie sa… ale faceci tez nie sa swiecie… jezeli juz szyjemy jedna nitka wszystkich… wiec, mozna powiedziec, jestesmy kwita…