Tysiące chwil tak samotnych jak zabrany dawno świat. Samotnością człowieka z bezludnej wyspy własnego umysłu otoczonego tłumem osób odległych o przepraść, stworzoną wbrew woli, wymuszoną dal. Narastający strach i bezsilność, zamknięte powieki kryjące tak wiele i usta nie potrafiące wypowiedzieć słów. Wieczna samotność opleciona myślami przykrymi jak zagrabione przez los życie i niewiadome jutro. Ciągła ucieczka labiryntem ścieżek z oddalającym się każdego dnia wyjściem. Wiara i nadzieja coraz bledsze, niknące i przesłaniane trwogą, że nie zdąży zacząć się życie przed jego końcem. Poszukiwanie sensu własnego istnienia tak innego, tak odmiennego, tak… zatraconego. Narastający niemy krzyk nie słyszalny przez nikogo. Ukrywanie myśli, zapomnienie siebie, nie myślenie o jutrze. I trwanie, ciągłe bycie na przekór temu, czym obdarzylo okrutne fatum. Myśli i słowa jak litania do bezdusznego boga, który dając odbiera, ofiarując życie zagrabia najważniejszy z sensów, wprowadzając do raju by zamienić po chwili go w piekło. Chwila jak wieczność, bezgłośne cierpienie przesycone tęsknotą, pragnieniem zwyczajnego życia. Najpiękniejszego z żyć, tak prostego, tak trudnego ale… prawdziwego, jedynego.
Ty, czytająca lub czytający, nie zrozumiesz moich słów. Przeczytasz słowa, pomyślisz o swoim życiu, spróbujesz znależć porównanie. Odnajdziesz swoje własne piekło gdzieś tam już zapomniane pomiędzy stronami dzisiejszego dnia albo całkiem świeże, dzisiejsze. Twoje sny, Twoj strach, Twoje uczucia.
Ale spróbuj… odnależć mnie. Krzyczącego przez te zdania o Wolność, o życie, o świat. Mnie, zabłakanego wirtualnego człowieka, który wyrzekłwszy się rzeczywistości zaczął żyć tu, dzięki Sieci. Żyć dzięki Wolności pisania. Ale nawet tu jest obcy, jest niezrozumiany, jest od Was i Wam odległy… I tak bardzo samotny.
Od wczoraj trochę mniej, bo znalazł…
Osobę, która przeżyła piekło podobne mojemu. Szukałem wciąż, tyle lat, Osoby, kogokolwiek, ktobędzie wiedział… jak wygląda Fałsz o jakimpiszę wciąż, jak wygląda trwanie i krzyk, bezgłośny krzyk ciągłego uciekania przed Prawdą i ludźmi.
Znalazłem… Niemożliwe stało się możliwym.
I dowiedziałem się, że z tego labiryntu istnieje wyjście… istnieje ucieczka…
Wiedziałem to wcześniej, świadom jej istnienia nie robiłem nic. Teraz ja niewierny Tomasz… wiem, że Ktoś przebył już drogę z toni na powierzchnię…
Boję się. Najbardziej boję się… że ja… znow nie zrobię nic. Po rozbłysku wiary i nadziei nie zrobię nic.
I utonę.
a moze teraz ten Ktos bedzie Ci pomagal pozostac na powierzchni… swiat jest pelen ludzi, a tak wielu z nich czuje sie samotnych. zyjac we wlasnym swiecie jest niby latwiej, wszystko jest piekne, prawdziwe. jest tylko nasze. ale sa rzeczy, ktorymi dobrze dzielic sie z innymi.. bowiem dusza czlowieka zawsze bedzie tesknic za swoja druga, pokrewna polowa. szczescie nadchodzi, gdy sie ja znajdzie. wczesniej najwazniejsza jest wiara i nadzieja.
to nie Bog jest winien….to ludzie………..porozmawiaj z Nim wyciagnij do Niego dlonie wtedy nie utoniesz…..tylko zrob to pierwszy.to tak niewielki wysilek…………mozesz z Nim rozmawic kazdej chwili i byc pewnym ,ze nigdy Cie nie zdradzi i wyslucha .to realna Osoba.tak jak Ty……..