Samochód powoli wyłaniał się zza zakrętu, omiatając światłem lamp żwirowe pobocza. Kierowca prowadził bardzo szybko, tak że z otwartego okna tylko na jedna chwilę przechodzień mógłby usłyszeć muzykę. Mógłby, ale najprawdopodobniej jedyną istotą ludzką w promieniu wielu kilometrów był prowadzący auto. Delikatnie podświetlona lampkami tablicy rozdzielczej twarz i tlący się żar kolejnego papierosa był jedyną oznaką jego obecności. Gdyby ktoś zobaczył jego oblicze w świetle dziennym dostrzegłby rozszerzone już nie tylko od samego mroku ale ze strachu źrenice i narastające wciąż przerażenie. Zmiana biegów, zwrot, przyspieszenie, hamulec, pisk opon rozlegający się na kolejnych zakrętach. Jechał coraz to szybciej, jakby uciekał przed czymś, może kimś. Opony na krawędzi przyczepnośći prowadziły go przez trwającą już dwa dni noc. Teraz znowu dojedzie do pozbawionej oznak życia stacji, z piskiem zatrzyma się przy dystrybutorze, napelni bak, wejdzie do środka, zabierze z półki znowu karton papierosów, coś do jedzenia, i odjedzie dalej w mrok. Ten koszmar trwał wciąż i wciąż, zapętlona droga prowadziła go wciąz przez te same sto mil. Sto mil ciągle takiej samej trasy jakby ziemia zmniejszyła się nagle i miała średnice stu mil. Gdziekolwiek by nie pojechał, cokolwiek nie zrobił, wciąż trafia na te same trasy. I wokół nikogo… ani jednego człowieka. W jego sennym umyśle już zacierały się wrażenia sprzed dwoch dni. Jak to się zaczęlo? Dlaczego splot wypadków doprowadził go w to miejsce? Dziwnych wypadków, niesamowitych i tak magicznych? Już przestał zadawać sobie te pytania. Było teraz i tylko teraz…zapętlone do granic nieskończoności albo po kraniec jego życia.
Szalona jazda przez wieczną noc trwała dalej… Zmiana biegów, zwrot, przyspieszenie, zwrot, lewo, prawo, hamulec, pisk… Ryk silnika oddalał się za horyzont… Gdyby ktoś tam był zobaczyłby już tylko szaleńca za kierownicą. Ale wokół nie było nikogo…