Pobocze, boczna nieuczeszczana droga i stalowa linka uwiazana u karku przywiazujaca mnie do metalowej latarni. Znow mnie wyrzucili i nie mam domu. Znow czuje chlod i dygotanie calego ciala dreczonego chloszczacym deszczem. Co jakis czas przejedzie samochod, wtedy przchylam leb i patrze pozostalym mi jedynym sprawnym okiem czy i ten minie mnie nie zauwazajac. Niektore zwalniaja widzac mnie, a ciekawskie oczy zza szyb patrza, czasem nie mogac wyjsc ze zdziwienia lub po prostu szydzac. Niektorzy kierowcy nawet zatrzymuja sie by nacieszysz sie takim dziwolagiem. Nie codzien przeciez mozna ogladac psa wijacego sie po ziemi jak przerosnieta larwa do tego tylko z dwoma lapami, wybitym okiem, wyrwanym jednym uchem i bez zebow, ktorego grzbiet pokrywaja wylysiale placki obrzydliwie odslaniajac zaropiala skore. Czekam jednak wypatrujac jakiegos sposrod tych wozow jakie mnie tu niegdys przywozily i zostawialy przywiazanego jak w sidlach. Ale zaden nie wraca. Prawie zawsze byl kopniak na pozegnanie i tylko zapach spalin mowil mi w ktora strone odjechal moj juz wtedy byly dom i wlasciciel. Pozostawal tylko wech, bo nie widzialem nic przez puchniejace siniaki wokol oczu od razow zadanych przez wlasciciela. Leze sobie i mysle o tych, ktorzy sie w przeszlosci zatrzymywali i brali mnie do siebie. Cieplo suchego fotela, powiew goracego powietrza w samochodzie, radosc ze ktokolwiek dal choc skrawek chleba i wode w misce. Ale zawsze konczylo sie tak samo. Wiecie, ze kiedys mimo dwoch lap potrafilem jakos tam chodzic? Musialem bardzo uwazac ale jak sie ma tylko lewa prawa i prawa tylna lape, to trzeba bardzo sie starac by nie zrobic sobie krzywdy. Ale mi sie udawalo. Pamietam jaka radosc budzilem w oczach niegdysiejszej mojej wlascicielki. Jak slicznie sie bawila z widoku takiego dziwadla jak ja jednak skaczacego fikusnie na dwoch lapkach. I jak ja sie cieszylem z jej smiechu. Pamietam jak zostawiala mnie przy zielonej, pamietam to dobrze, latarni w bocznej uliczce. Nie miala samochodu. Po prostu pewnego razu poszlismy na spacer, pozniej przywiazala mnie bez slowa i odeszla. Wtedy oduczylem sie chodzic na dwoch lapach. Ufalem jej i myslalem ze moze pomylila sobie cos ale zaraz wroci, ale minal tydzien i nie wrocila. Pilem wtedy wode z kaluzy, na szczescie zaczal padac wtedy deszcz, wiec choc tej wody nie brakowalo. Wycienczonego mnie zabral jakis czlowiek, litujac sie nademna i myslac, ze dlugo nie pozyje i choc tak moze mi pomoc zdechnac w suchym i cieplym miejscu. Skatowal mnie pozniej za to, ze zanieczyscilem mu podloge w garazu. Nie chcialem go obudzic w srodku nocy moim skowytem, a nie mialem sil by doczolgac sie bez jego pomocy na dwor. Tamtym razem skonczylo sie pod drzewem w lesie z gruba zylka oplatajaca coraz ciasniej moja szyje przy kazdym poruszeniu. Wylem wtedy przez piec dni az przyjechala nastepna moja pani i zobaczywszy mnie postanowila, ze chce mi pomoc stac sie na nowo normalnym psem. Zreszta ja sam nie rozumialem nigdy jak mogli ludzie tak myslec. Ale za pare ziemniakow gniecionych moimi pustymi dziaslami i wypelniajacymi choc na krotka chwile zoladek postanawialem nie wyprowadzac ich z bledu. Tak szybko sie mna nudzili. Ale mysle ze nudzilo ich to albo draznilo, ze nie potrafia dokontwac cudow. Bo przeciez nawet taki glupi pies jak ja wiedzial, ze nie da sie wstawic psu nowego oka, nowych zebow i nie przyszyje sie urwanych i zjedzonych juz przez robaki lap. I wciaz byli na mnie zli za to, ze, jak mowili, nie kooperuje, nie dosc sie staram. Zawsze na koniec byl jakis slup, jakas linka, wycie i zimno. Pamietam jak znalazl mnie, przywiazanego na przystanku daleko do miasta, inny czlowiek. Popatrzyl na mnie rano gdy jechal w jedna strone, zadumal sie chwile, moze nawet poslyszal cos w tym moim juz wtedy ze zmeczenie zduszonym skowycie. W kazdym razie wrocil ze smycza. Powiedzial, ze zawsze chcial miec psa, takiego normalnego psa. I bylem wedlug niego normalnym psem i tak mnie tez traktowal. Do dzis mam blizny po tym, jak wlokl mnie po asfalcie ciagnac za smycz i nie widzac, ze nie potrafie chodzic. On naprawde wierzyl chyba ze taki jaki jestem mam byc i jednoczensie mam zachowywac sie jak wiekszosc psow. Skopal mnie na koniec straszliwie, gdy znalazl prawdziwego normalnego psa i chyba zrozumial w jakim bledzie byl. Ucieklem pozniej wijac sie po ziemi do tego samego przystanku, skad mnie zabral na poczatku. Pojawily sie dzieci smiejace sie i wytykajace mnie palcami, ale tego nie jestem pewny, bo bol i rany przeszkadzaly mi zobaczyc i zapamietac co sie dzialo. Bylo ich wielu, wiele osob, wlascicielek i wlacicieli. Wszyscy mieli na swoj sposob dobre serca, w koncu zabierali mnie jako jedyni z wiekszosci ludzi – tak zglodnialego, wymeczonego, czesto pobitego i straszliwie wygladajacego pod swoje dachy. Zazwyczaj byly to coprawda dachy stodol, garazy, przedsionkow czy skladzikow, ale przeciez nie oczekiwalem niczego wiecej. Dawali mi odczuc ze naleze do nich, ze naleze do ich rodzin, ze mysla, pamietaja. Tak jak raz przesiedzialem zamkniety w ciemnosci trzy dni i noce, by w koncu doczekac sie przyjscia mojego owczesnego wlasciciela i zauwazenia mnie. Znaczy zauwazyl mnie chyba przypadkiem, ale ja do dzis wierze, ze jednak pamietal o mnie. Czas u niego skonczyl sie dla mnie z powodu jego zony, ktora nakazala mu pozbyc sie mnie z ich domu i zycia, w ktorym nie bylo miejsca na dziwne uczucia jakimi darzyl mnie on i dziwny wyglad jaki mialem ja. Pamietam, ze pod sam koniec przychodzil do mnie i opowiadal o wszystkim co sie dzieje patrzac w moje oko i nie zauwazajac mojego uposledzenia i brzydoty, Po prostu siedzial na pienku lub ogrodowym krzesle i opowiadal. A ja sluchalem. Dzieki niemu poznalem troche lepiej swiat ludzi i tego jakimi zasadami sie rzadzi i ze nie jest wylacznie, jak ja myslalem, swiatem zlym i okrutnym dla takich zwierzat jak ja, ale tez dla samych ludzi. Do dzis nie zrozumialem jak ludzie moga sami ze soba tak postepowac. Ja to ja, zaropialy i zagrzybiony stary i nikomu niepotrzebny na dobra miare pies. Ale ludzie? Dlaczego potrafia byc tak okrutni wobec samych siebie? To co uslyszalem od niego wtedy o ludzkich sprawach przerazilo mnie bardziej niz moje wlasne zycie i wszystkie kopniaki, jakie dostalem, razem wziete. Zrozumialem, jak nikla wartosc ma cierpienie takiego zapchlonego kundla jak ja. Od wtedy przestalem wierzyc, ze cokolwiek co mi czy innym sie przytrafia ma jakikolwiek sens. Utwierdzily mnie w tym ktores tam z rzedu okolicznosci mojego wyrzucenia. Tamtym razem bowiem umiesniony mezczyzna z sumiastym wasem przywiazal mnie do stojacej na obrzezu duzego parkingu przy lotnisku budki telefonicznej. Jechal z zona na wycieczke czy tez przeprowadzke do Grecji i musial sie mnie pozbyc. Pamietam, ze przywiozl ich wtedy na parking znajomy zdziwiony zarowno tym ze zabieraja mnie jak i moim wygladem. Gdy tylko odjechal pamietam jak wlasciciel targal mnie przez caly parking w miejsce odludnione i przywiazal. Na koniec powiedzial jeszcze, ze i tak dostalem wiecej niz na to zaslugiwalem. Ale wczesniej sam do tego doszedlem. W koncu nie zaslugiwalem juz wtedy nawet na wode w misce. Przeciez swiat byl pelen zla a ja lezalem tylko i chleptalem kaszki z dala od tego wszystkiego. W szumie startujacego samolotu domyslalem sie tego, ktorym odlecieli. A ja pozostalem przywiazany do slupka z aparatem telefonicznym. Tak wiele rozmow uslyszalem. Zaluje, ze zawsze byly to tylko rozmowy jednej strony. W ludzkich glosach wychwytywalem wzruszenia, tesknoty, czasami zlosc. Przewijaly sie wszystie ludzkie problemy. Matki, symowie, tesciowe, przyjazdy, rozstania, plany, kradzieze, nowinki. Noca przyjezdzaly dzieciaki i podlaczaly jakies kable, pozniej siedziac calymi godzinami przy niebieskim odblasku w samochodzie. Dzieki nim przezylem. Nazwali mnie Cyklop, dokarmiali i wygrzebali skads stary garnek, do ktorego nalewali mi wode. Pomiedzy rozmowami telefonicznymi byly i te, ktore w jakis sposob dotyczyly mnie. Raz dzwonil chyba do wnuka dziadek mowiac o tym ze ma szczeniaki i chcialby je rozdac wnukom, innym razem dzwonila mloda kobieta do schroniska dla psow chcac sie umowic na odwiedziny i wybranie sobie psa. Slyszac ta rozmowczynie ja tylko lekko kwililem i zawodzilem. Gdy zrozumialem, ze mimo to nie zwroci na mnie uwagi, zaczalem warczec. Zaczela krzyczec, przybiegl jakis mezczyzna i zbil do krwi. W nocu znalazly mnie dzieciaki i postanowily pomoc Cyklopowi. Wujek jednego z nich byl weterynarzem, wiec zawiezli mnie rano do niego po calej nocy spedzonej jak zwykle w niebieskim odblasku. Przezylem. Po to by teraz byc wlasnie tutaj. Bylo jeszcze wiele osob i sytuacji. Ale dzis czuje, ze we mnie juz nieduzo zycia pozostalo. Tak malo samochodow teraz przystaje. Juz nie mam sil, by podnosic glowe czy skomlec, czy jakkolwiek zwrocic uwage. Wszyscy przejezdzaja ta droga tak bardzo szybko, wiec kto mogly wypatrzec taka kupe zniszczonego psa jak ja. Nie spalem juz tak dlugo, bo tak strasznie boli mnie cos w srodku. Marze teraz o chwili, gdy znajde sie w miejscu, gdzie nie bede musial bac sie ani linki, ani przywiazania ani porzucenia przez kogokolwiek na pastwe losu, nie bede czul bolu. Wiem ze takie miejsce istnieje. Prawie juz je teraz widze, choc wciaz jak przez mgle, jednak powoli rozplywajaca sie.
Po prostu zamknac oczy, jak teraz, i podazyc gdzies tam. Zamknalem wiec oczy ostatni raz. Odplynal pies, gdzies w dal… z eterycznymi czterema lapami.
Wiecie ze jednak takie zycie sie oplacalo? Watpicie? Gdy kiedys zamkniecie ze znuzenia po calym zyciu oczy i spotkacie mnie biegajacego posrod tysiecy drzew w pelnym sloncu… uwierzycie, jak i ja teraz wierze.
Jesli jakims cudem przebrnales Czytelniku przez ten tekst, to zostaw choc kropke bym wiedzial ze czytales a najlepiej choc pare slow komentarza – zalezy mi bardzo na tym.
… Bardzo mnie wzruszyłes… nie pierwszy raz, aletym razem chyba najbardziej.
Dziekuej za wszytko doznania.
„…los mierzy nas
odległościami życia..
ciągle uczymy się
rozmawiać milcząc..”
„…los mierzy nas
odległościami życia..
ciągle uczymy się
rozmawiać milcząc..”
Ludzi to rożni od psów że mają wpływ na swoje życie i mogą sami je kształtować, dokonywać wyborów, tylko musza sami tego chcieć.Oczywiście że nie jest to łatwe ale jest możliwe do realizacji.
..czesto tak ludzie okaleczeni fizycznie potrafia cieszyc sie zyciem nawet bardziej niz zdrowi …ale okaleczeni psychicznie beda cierpiec zawsze…
Parszywe jest życie,
życie jest parszywe,
ale nawet mając
tylko połowę łap
można sobie w nim
dać jakoś radę…
wiesz co jest w tym niesamowite?…nie tracisz wiary ! I to jest piękne!
życie jest ciężkie i często jestem słaba …bardzo słaba…..i wtedy modlę się jest to spotkanie z Kimś komu naprawdę na mnie zależy kto wie dlaczego jest tak ciężko i dlatego tak się dzieje i przytula mnie …i czuję że naprawdę mnie kocha i chociaż czasami nie rozumiem i chociaż czasami wydaje mi się ,że jestem sama to jednak tylko wydaje mi się że jestem sama bo tak naprawdę Jezus jest cały czas przy mnie tylko ja Jego czasami nie dostrzegam bo zabardzo jestem zaślepiona swoim egoizmem.
hm…hm… jestem pełna podziwu. Szczerze. Niesamowicie mi się czytało, cieszę się, że Cię znam :)))
Możesz być pisarzem, potrafisz w ciekawy sposób opisywać Twoją rzeczywistość, swe uczucia. Oby tak dalej. Kojarzysz mi się ze Stachurą :))))
smutne…
ale pouczające
Podziwiam Cię za odwagę…….ja nie odważyłabym się pisać tak osobistych rzeczy (bo domyslam się, że historia jest z życia wzięta) na blogu…przykro mi,że właściciele tak często porzucali psa….ale wiem doskonale,że trudne jest życie dziwoląga – ludzie normalni nie rozumieją, że dziwolągów nie da się zmienić a zmienianie na siłę i traktowanie jak normalnych boli… Do zobaczenia wkrótce mam nadzieję 🙂
Ja też w to wierzę…choć czasami trzeba mi o tym przypominać 🙂
….
nie wiem co napisac
ponoc kazdy ma takie zycie, na jakie sobie zasluzyl
ja jednak w to nie wierze
🙂