Rozjechalas mnie samochodem innego uczucia na pasach mojej ufnosci i zaufania do Ciebie. Ja zostalem ta zdrada sparalizowany na cale zycie a Ty ucieklas z miejsca zdarzenia w milczenie i cudze usta. Gdy z trudem odzyskalem przytomnosc musialem Cie mimo kalectwa gonic jak przestepce coraz to glosniej krzyczac o tym, co zrobilas. Gdy w koncu odwrocilas sie, potrafilas juz tylko zaprzeczac i odrzucac prawde o tym, co widzialo moje serce i oczy. W koncu odepchnelas mnie tak mocno, ze ukazal sie caly moj stan i cierpienie. Moze zrobilo Ci sie zal mnie albo litosc na chwile pozwolila przypomniec Ci o zostawionym na paste zimnego asfaltu mojej osobie sprzed roku. Mowisz przykro mi, nie chcialam tak postapic, ale i mowisz, ze bylem Twoim bledem. Ja potrafie juz jedynie lezec na brunatnej zaschnietej z serca krwi, w przyklejonej na zawsze do sparalizowanego mnie poscieli. Zlamanego kregoslupa juz nic nie zaleczy, nic nie pomoze. Moze tylko uczucia z tym zwiazane, ze zdrada i pozostawieniem na pastwe losu, moga sie zmienic, moga przyschnac jak ta krew, nic wiecej. Ale jedynie Twoje juz nie slowa, ale proby wywolania chocby wiary w te slowa i dowody na to, ze nie jest to tylko kolejna z rzedu Twoja proba „zatuszowania” wypadku, moga pomoc zaleczyc ta rane. Twoje potwierdzane wciaz dzialaniami slowa, a nie jak dotychczas slowa bez potwierdzania ich chocby jednym dzialaniem. Nie milczenie.