Kroczę powolutku piękną i oświetloną promieniami słońca ścieżką górską w dół ku zielonej dolinie. W oddali poniżej widać rzekę, której woda połyskuje cała w blasku. Przy moim boku mój wierny pies kroczy jak zawsze dostojnie i wolno. Czasami tylko wybiega do przodu, zatrzymuje się, odwraca i patrzy mi prosto w oczy czekając aż dojdę do Niego. To mój towarzysz w drodze, nie gniewa się, gdy zamyślony przystaję i wiem, że nigdy mnie nie opuści. Zawsze jest przy mnie, cokolwiek bym nie zrobił. Idziemy już na tyle długo, że potrafi rozpoznać, kiedy czuję sie dobrze, kiedy źle. Gdy zdaży mu się zauważyć łzy w moich oczach udaje, że nie widzi. Wie, on wie, co czuję i że tylko tak może mi pomóc.
Otacza nas widok, jaki powoduje, że zapominam o wszystkim, o tym co było i myślę jak jest tam… w dolinie, gdzie podążamy już od tak dlugiego czasu.
Czuję, że czeka wytchnienie, zapomnienie i spokój. Spokój ducha skołatanego przez los.
dokad idziemy? chyba bardzo daleko, tam skad nie ma powrotu.
Ja też chcę…