Gdy zaczniemy zapominac sny i marzenia, ulozywszy je wpierw wszystke na stos, perelka na perelce, kawaleczek po kawaleczku sposrod tych czekajacych na spelnienie, upragnionych, niedoczekanych. Tych waznych, najwazniejszych, blachych, delikatnych ale i ostrych jak kanty naszych mysli – wszystkich – tych, co nas stworzyly, tych w ktore wierzylismy i wierzymy, na ktore czekalismy oraz tych najdelikatniejszych – niewypowiedzianych. A potem usiadziemy obok i trzymajac razem zapalke spalimy je wszystkie, do cna, do popiolu. Bede tam siedzial ze spuszczona glowa, zubozaly o wszystko, co bylo we mnie, ze lzami plynacymi po policzkach i nedznie wpatrzony w ziemie. Siedzial tam i przesypujac oczami popioly moich mysli, slow i marzen zegnal sie z wszystkim i wital z niemozliwym do unikniecia wybranym cichym cierpieniem. Ty bedziesz mogla tylko usiasc obok w cieniu i potrzymac mnie za reke ale moze zrozumiesz, ze naprawde nie moze byc nic wazniejszego na swiecie poza takimi wlasnie chwilami, gdy po prostu sie jest i nic tego nie zmienia. Bedziemy na odleglosc przytulenia, dotkniesz mojej reki, popatrzymy w nasze oczy i zamkniemy je na miesiac, dwa, piec, rok, dziesiec lat. Ale kiedy juz je otworzysz na nowo to ja dalej tam bede, dotkne Twojej reki i usmiechne sie do ciebie. Jestes na odleglosc przytulenia i odleglosc usmiechu. I bedziesz… najdalej i najblizej zarazem.